Strzelno moje miasto 3

Pamiętniki

Pamiętnik wojenny Urszuli Firyn - cz. 8

 

Okupacja Strzelnaxop1xp.jpg

Pamiętnik wojenny

Urszuli Firyn - cz. 8

 Urszula FirynĂłwna lata okupacji..jpg

21 stycznia przeskoczyłem kolejność zdawania relacji z okresu okupacji, podając wydarzenia ze stycznia 1945 r., czyli końca wojny w Strzelnie. Dzisiaj wracam do przerwanego cyklu zaczynając pamiętnikarskie wspomnienia Urszuli Firyn od pierwszych okupacyjnych Zielonych Świątek. 

Maj 1940 r.

Dzień 12 - niedziela

Pierwsze święto! (Już trzecie święta - Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone Świątki - M.P.)  spędzamy w tym okropnym nastroju, a ile jeszcze będziemy w nim świąt spędzali? Mnie już ta teraźniejszość tak się sprzykrzyła i obmierzła, że żyję jedynie wizją przyszłości. 

Dzień 13 - poniedziałek

Paskudna pogoda. Co chwile pada to śnieg, to deszcz, to deszcz ze śniegiem.

W tej chwili jestem zła jak szewc. Przed chwilą przyszła pani Ratajowa i pyta się czy jest jeszcze śmietana. odpowiedziałam, że jeszcze ta odłożona do Deutsches Haus (Dom niemiecki - restauracja w Strzelnie, późniejsza "Piastowska"). Na to Ratajowa, że tu są z Arbeits-Front i sprzedamy im tę śmietanę, którą mieli odebrać z Deutsches Haus. (...)

Deutsches Haus.jpg

Dzień 19 - niedziela

Paskudna pogoda. Najpierw ciągle była susza a dziś od rana wiatr i kurz, że świata nie widać. Bożenka chciała jechać do rodziców, ale ponieważ jest taki wiatr, z pewnością nie pojedzie. Po południu zaczął padać deszcz. Padał do wieczora, ale dość drobny, a ponieważ ziemia była bardzo wysuszona w ogrodzie prawie deszczu nie znać. 

Dzień 20 - poniedziałek

Spadł solidny perlisty deszcz. Po deszczu ślicznie się w ogrodzie zrobiło. Pachniało zielonym. Pod wieczór zrobiło się ciepło. 

Dzień 23 - czwartek

Dziś Boże Ciało. Jak to zawsze było uroczyście, a w tym roku nawet kościół zamknięty. Pogoda jest ładna. Przed chwilą padał kroplisty gęsty deszcz i nawet trochę grzmiało.

Dziś roznoszą „zaproszenia na wyjazd”. Kobietom również. Pisała kiedyś ciocia Hela H. że w Poznaniu bardzo wywożą. Robią nawet obławy na ulicach. 

Dzień 24 - piątek

Jak zwykle rano zeszłam do składu. Już swoje „odsłużyłam” i miałam iść na górę, gdy zauważyłam panienkę idącą do mleczarni. Zdawało mi się, że ona chodziła do naszej „budy”. Po zagadnięciu jej okazało się że rzeczywiście chodziła do 3-ej „a”. Nazywała się Krawczykówna i była mieszkanką Rzadkwina. Jej rodzice mieli tam duże gospodarstwo. 

Okazało się, że na roboty wyjadą tylko bezrobotni mężczyźni, którzy na Arbeitsamtcie prosili o pracę. Na razie mamy więc obie z ciocią spokój. 

Dzień 31 - piątek

Wczoraj pod wieczór przyszła Bożenka. Długo gadałyśmy. Bardzo ją lubię. Już robimy plany na przyszłość. Będziemy u siebie bywały, jeździły dużo rowerami i w ogóle wyrabiać będziemy cudaczne „hop sztyki” (hopsztosy, figle). Żeby cały ten bałagan nareszcie się skończył i można by wrócić do normalnego trybu życia. Od dziś za 3 mniej więcej tygodnie gdyby wszystko szło normalnie zdawałabym małą maturę. Jak bym chciała wrócić znów do szkoły. 

Czerwiec 1940 r.

Dzień 1 - sobota

U nas istny szpital. Babci coś się stało w oczy i nie może ich bez bólu otworzyć. Mamusia zawsze wieczorem zalewa babci oczy lekarstwem, które dotychczas bardzo pomagało. Wczoraj zalała mamusia jak zwykle, a dziś bolą babcię powieki i kość nad oczyma, tak że siedzi z oczyma zamkniętymi. Płukała mamusia rumiankiem, ale nic nie pomogło. Jurkowi wpadło coś do oka i musiała ciocia iść z nim do doktora. Mamusię boli głowa i w ogóle czuje się źle. Istny lazaret.

Magistrat.jpg

Dzień 5 - środa

Ledwo wstałam już zaczęły w katolickim kościele dzwonić dzwony. Najpierw myślałam, że ktoś znakomity umarł (byle komu nie wolno dzwonić), ale potem domyśliłam się, że dzwonią z powodu jakiegoś Sieg’u (zwycięstwa). Rzeczywiście. Pytałam się w składzie jednej pani dlaczego dzwonią: - Bo dużo samolotów było nad Paryżem i wielu wzięto jeńców. Za chwilę ktoś inny opowiada, że Paryż już zajęty, inny że Włochy i Hiszpania opowiedziały się po stronie Niemiec, jeszcze ktoś inny, że zajęli cypel najbliższy Anglii. Wersje, co róż jedna to inna od poprzedniej. 

A dzwony wciąż dzwonią. Po jakimś jednak czasie zamilkły, ale od 11-ej znowu zaczęły głosić nam tę smutną dla nas wieść. Od tego dzwonienia obłędu by można dostać. Biedny ks. Prałat. Tak mu nad głową dzwonią. Początkowo nic sobie z Sieg’u nie robiłam, ale później zaczęło mnie ogarniać zniechęcenie, smutek i apatia. Czy te dzwony innej nowiny nam nie obwieszczą? A jeśli, to kiedy i czy dożyjemy? Taki ogarnął mnie nastrój zwątpienia, że aż wstyd. Kiedy wreszcie o 3-ej dzwony zamilkły nastrój też się zmienił i po całym zmartwieniu. Wieczorem znów dzwonili, ale tylko kwadrans. 

Dzień 6 - czwartek

Dziś znowu dzwony biły ale tylko kwadrans rano i wieczorem. Można wytrzymać. 

Dzień 7 - piątek

Już dawno nie padał deszcz, więc w ogrodzie bardzo sucho. Od kilku dni solidnie ogród podlewamy. Jurek (Firyn, brat) i Guciu (Fiebig) wożą taczkami wodę, a ja podlewam. 

Dzień 11 - wtorek

Roznoszą „zaproszenia” do Alt Reich-u (Starego Reichu - w głąb Niemiec - MP.), już od 14-tu lat począwszy. Spodziewam się zaproszenia w każdej minucie. Ciocia też jest na to przygotowana. 

Dzień 12 - środa

Dziś od rana znów roznoszą karty. Jutro rano ma odejść transport - 100 osób. Pogoda niekonieczna, mam stubenarrest (areszt domowy), jestem paskudnie śpiąca i zimno mi. To wszystko wpływa tak ujemnie na mój humor, że nie wiem, co mam z sobą począć? Czuję że jestem jedno wielkie nic nie znaczące zero. Zamiast to miało być dla mnie bodźcem, jeszcze więcej napełnia mnie goryczą i zniechęceniem. Jak taki stan dłużej potrwa, to mogę z powodzeniem powiesić się na suchej gałęzi. 

Dziadek i wujciu Feliks mieli się stawić na magistracie. Poszedł tylko dziadek, a wujciu chciał iść później bo nie ma czasu. Pytali się dziadka o dochody (co za ironia!!), bo kto zarabia ponad 7 marek tygodniowo musi zapłacić (nieczytelny skrót) roczną opłatę na magistrat. Poza tym wszyscy polscy właściciele są wywłaszczeni. Komorne od 1-ego kwietnia muszą zwrócić i odtąd muszą płacić komorne na magistracie.